Saintes-Maries-de-la-Mer to prawdopodobnie jedyne miejsce we Francji, w którym nikogo nie dziwi widok setek przyczep kempingowych zaparkowanych wzdłuż głównej promenady.
Przyczep, kamperów, małych przyczepek z kuchenkami, doprowadzonych rur z wodą, pociągniętych kabli z prądem, pralek, pościeli i stolików. Nikogo to nie dziwi, bo 24-25 maja w tej małej miejscowości nad morzem zbierają się Cyganie z całej Europy uczcić pamięć swojej patronki – Świętej Sary.
Trafiliśmy do Saintes Maries de la Mer 15 maja. Głównie, żeby zobaczyć kościół powstały w miejscu, w którym Maria Salome i Maria, matka Jakuba, zmieniły religijne oblicze Francji rozbijając się u jej brzegów niewielką barką.


Na marginesie przeczytaliśmy, że była z nimi prawdopodobnie ciemnolica Sara. No i co..? I Sara zabrała Mariom cały show… W Kościele jest krypta poświęcona w całości Świętej Sarze. Jej figura ugina się od ciężaru różańców, biżuterii, chust i sztucznych tiar, a wokół na ścianach wiszą zdjęcia i podziękowania za pomoc, którą od lat niesie Cyganom. Marie mają swoje święto w październiku.
A Sara w najpiękniejszym wiosennym miesiącu niesiona jest przez tłumy wiernych do morza. Muszą to być tłumy. Skoro tyle przyczep stoi tu już na tydzień przed rozpoczęciem uroczystości..? Nie wyobrażam sobie jak to małe miasteczko może wyglądać w najgorętszym okresie..





A gdy pielgrzymkowa nie-rzeczywistość Cię przerasta zawsze możesz uciec z miasta i poszukać manades – pół dzikich stad koni Camargue. Pięknych siwych wierzchowców. Na (nie)szczęście możesz ich również dosiąść w jednej z licznych stadnin rozsianych po drodze do Saintes Maries de la Mer.



Lub po prostu coś zjeść. Najlepiej i najtaniej – mule.



