23 czerwca 2013 pojechaliśmy do schroniska na Paluchu z zamiarem adopcji suni, którą wypatrzyliśmy w fotograficznej bazie danych na stronie Schroniska.
Sunia miała na imię Lulu, była jamnikowata, podpalana i lekko utykała na przednią łapkę. W tygodniu poprzedzającym naszą wizytę skontaktowałam się z wolontariuszką opiekującą się Lulu – wszystko było obgadane i dopięte na ostatni guzik. Taaa… Ale los chyba nie do końca chciał, żeby ten guzik pozostał zapięty. Lulu została nam sprzątnięta sprzed nosa. Po przyjeździe na Paluch dowiedzieliśmy się, że adoptowano ją dzień wcześniej.
Nie sądziłam, że snując się po terenie schroniska uda nam się zdecydować na innego psiaka. No bo jak tu wybrać? Na jakiej podstawie podjąć decyzję? Inaczej przegląda się fotografie w sieci. Nikt nie wodzi za tobą wzrokiem, nikt nie szczeka, nie wciska nosa między kraty. Zatrzymując się przy jednym ze zdjęć na dłużej, nikomu nie robisz nadziei.
Lusię znaleźliśmy w ‘zielonym domku’, była tuż po zabiegu sterylizacji. Była straszenie zarośnięta i kudłata, jako jedyna nie szczekała, siedziała w kącie boksu ze spuszczoną głową. Mordkę podniosła dopiero, gdy się nad nią zatrzymaliśmy. I od razu wiedzieliśmy, że jest nasza. Albo nasz. Bo miała tylko numer na obróżce, bez imienia.
Z załatwienia formalności pamiętam niewiele, wszystko działo się trochę jakby we mgle. Za to doskonale pamiętam, jak trzymając smycz wyszliśmy ze schroniska i jak Luśka dzikim pędem wpadła na trawę i zaczęła się tarzać. Całe życie marzyłam o psie! I oto moje marzenie w postaci małego, brudnego, kudłatego cudaczka tarza się w niebieskie, tuż przy naszych nogach!
Oczywiście teraz powinnam napisać, że codzienność nie zawsze wygląda tak różowo. Ale w sumie, dlaczego..? Dla nas z dnia na dzień jest różowa coraz bardziej. Każde początki są trudne, wiadomo. Podjadanie wszystkiego, co nie ucieka sprzed nosa (a w konsekwencji ciągłe biegunki), łażenie po stole w kuchni, grzebanie w śmieciach, siusianie tylko i wyłącznie na betonie, kłapanie zębiskami na psy trzy razy większe i łaszenie się absolutnie do wszystkich napotkanych ludzi. Wszystko było (i jest!) dla nas nowe. Musieliśmy się zgrać i dotrzeć – przecież i nasz, i jej świat został wywrócony do góry nogami! Ale każdy problem, kłopot i zmartwienie rozpływa się w niebyt, gdy na spacerze Luśka rozpędza się do prędkości świtała, szybuje po piłkę i wraca w podskokach, jak zając. Gdy z wywieszonym jęzorem ładuje nam się na kolana centralnie zasłaniając pyskiem książkę, bądź ekran telewizora. Gdy ryje nosem w śniegu i kopie nory w ziemi, a potem nurkuje w nich głową po same uszy na wdechu. Gdy delikatnie trąca nosem nasze dwie świnki morskie i pozwala, by wygodnie układały jej się tuż przy brzuchu. Gdy mimo, że na początku nie ufnie podchodziła do wody, z impetem wpada w przybrzeżne fale, gdy tylko zobaczy w nich piłkę. I w tysiącach innych sytuacji jeszcze!
23 czerwca zeszłego roku był nowym początkiem dla Luśki i dla nas. Dlatego właśnie ustaliliśmy, że będziemy dziś obchodzić Luśkowe urodziny. No bo przecież każdy musi mieć swój dzień w roku, prawda? Zakładamy więc, że Lu kończy dziś trzy lata.















Luśka jest bardzo szczęśliwa u Was, cudownie! Naprawdę ciepło mi się zrobiło na sercu jak przeczytałam Waszą historię, jesteście mega!
:) Historia z happy endem, w sumie dla dwóch suniek ;)
Luśka wygląda na przeszczęśliwą! Tak patrzę na jej rozbawione oczka i tęsknię za moim pluszakiem. Na szczęście już za kilka tygodni go wytarmoszę ♡
Karolina, wytarmoś go i od nas :-D I wrzuć czasem jakąś fotkę razem, bo jestem strasznie ciekawa jak wygląda! :)
Ach, miło się czyta takie rzeczy :) Dla nas lada moment też wyjątkowy dzień – minie czwarty rok, odkąd Flicka jest z nami. Przeglądałam sobie dzisiaj stare fotki – aż łezka się w oku kręci.
Ale ten czas zasuwa, prawda? :) Już nie wyobrażam sibie jak to było bez Luśki, a my dopiero dobijamy do 1,5 roku! Ściskamy rocznicowo piękną Flickę :)
Kochany, szczęśliwy pies! Uwielbiam takie historie, choć na samą myśl o schronisku na Paluchu łza mi się w oku kręci… Jak przypomnę sobie to rozpaczliwe szczekanie psów, które słychać już z okolicy… Byłam tam raz, żeby zawieźć dary, ale jednak wizyty w tym miejscu mnie przerastają.
Po pierwszej wizycie płakałam jak bóbr..:( Dlatego zdecydowaliśmy się na wybranie psiaka na podstawie zdjęć. Na szczęście Lusia była w Schronisku ‚tylko’ trzy tygodnie…