Wybrzeże Różowego Granitu – chill idelany

bretania, wybrzeże

Bo czasem trzeba poleżeć bykiem.

Urlop – czas niczym niezmąconego odpoczynku od roboty, relaksu, poświęcaniu się swojemu hobby i trwonienia ciężko wypracowanego hajsu.

Możesz leżeć i pachnieć, wędrować po górach, nurkować, szusować na nartach, galopować na koniach, ćwiczyć jogę, podziwiać miejską architekturę, kontemplować sztukę, lepić bałwany i pracować nad piękną opalenizną. W między czasie nadrabiać zaległości w czytaniu i wysypiać się. Albo wręcz przeciwnie – zarywać noce, bo wyspać możesz się przecież w robocie.

TFU!

Nie w robocie, jakoś inaczej to chyba szło…. Nieważne. Możesz WSZYSTKO. Tylko czasem to wszystko za Chiny nie daje się upchnąć w zaplanowane dwa tygodnie wolnego. No cudów ni ma.

Bardzo często przed wyjazdem mam pierdyliard pomysłów na to, co zobaczyć i jak cudownie spędzić czas. Przeglądanie przewodników, map i buszowanie po sieci to moje ulubione przed-urlopowe zajęcia. Czacha mi dymi na myśl o niezliczonej ilości dłuuuuugich, woooolnych godzin do zagospodarowania. Jednak im bliżej do urlopu, tym mniej entuzjastycznie podchodzę do wstawania bladym świtem i pokonywania codziennie kilkunastu kilometrów. Pod górę. Z szeroko zakrojonych planów obcinam troszeczkę, A potem jeszcze troszeczkę. I jeszcze. A czasem jak dojedziemy na miejsce, to nawet jeszcze ze dwa kawałki. Z biegiem lat nauczyłam się odpuszczać i akceptować fakt, że nie rozerwę się niczym ta żaba, która miała być i mądra, i piękna i nie zobaczę wszystkiego, o czym czytałam przed wyjazdem. I dobrze. Będzie do czego wracać.

Weźmy taką Bretanię. Absolutnie nas urzekła.

Pierwsze kilka dni z naszego wrześniowego tripu spędziliśmy eksplorując Finistère, czyli najbardziej na północny zachód wysunięty rejon Francji. Szukaliśmy wichru (poczytasz o tym tutaj – klik), jeździliśmy po niewielkich, uroczych bretońskich miasteczkach, podziwialiśmy kamienne domki i kościoły i popłynęliśmy na niesamowitą wyspę Bréhat (klik).

A potem przenieśliśmy się na Wybrzeże Różowego Granitu i ogarnęło nas oh-tak-słodkie-lenistwo. Znaleźliśmy świetny, absolutnie pusty kemping, dwa kroki od pięknej plaży. I postanowiliśmy odpuścić na klika dni. Chodziliśmy na spacery wokół wyspy, na plażę, podziwialiśmy MEGA odpływy i szukaliśmy małży. Wieczorami czytaliśmy książki i graliśmy w karcianki. Relaks pełną parą.

bretania z psem

RAZ.

Raz wyruszyliśmy na dłuższą wycieczkę.

Do pobliskiego Ploumanac’h, które jest kwintesencją Wybrzeża Różowego Granitu i jednym z najbardziej turystycznych rejonów Bretanii. Spacerowaliśmy pośród wielkich skał i kamieni mieniących się wszystkimi odcieniami różu (czy też czerwieni. I beżu. Czy beż ma w ogóle odcienie…?). A razem z nami setki Francuzów. I Niemców. I Brytyjczyków. Tak, było ładnie, i rzeczywiście odcienie wybrzeża zmieniają się w zależności od pory dnia, co robi naprawdę niesamowite wrażenie. Ale trudno tak naprawdę podziwiać tę feerię barw i skupić się na pięknie natury tłocząc się  na wąskich ścieżkach udostępnionych zwiedzającym.

Wybrzeże różowego granitu

No więc bez większych wyrzutów wróciliśmy do byczenie się na naszej leniwej i opustoszałej wysepce.

Tak, czil jest absolutnie wskazany na urlopie.

(p.s. więcej o tym pięknym zakątku Bretanii poczytasz u Kasi, która jest absolutną ekspertką od Bretanii)

bretania co zoabczyć

„Urlopowy czil – polecam. Od razu pysk się cieszy”

To co? Łap smycz i cziluj w Bretanii!

Widzimy się nad morzem!

13 Comments

    • Mega malowniczo było :) Dzisiaj przydałoby mi się trochę takiego słońca ;)))

  1. Portos wyrusza śladami Luśki na ferie zimowe :) mamy pewne obawy, że to trochę nie ta pora roku ale szczerze to marzy mi się też właśnie to lenistwo ;) pozdrawiamy i zapraszamy na kolejną wyprawę do Lyonu i w okolice! :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *